Reklama

Muzyka radością serca

Z dr Elżbietą Szczurko – adiunktem Akademii Muzycznej im. Feliksa Nowowiejskiego w Bydgoszczy oraz nauczycielem przedmiotów ogólnomuzycznych w Zespole Szkół Muzycznych im. Karola Szymanowskiego w Toruniu – rozmawia Helena Maniakowska

Niedziela Ogólnopolska 11/2015, str. 28-29

Helena Maniakowska

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

HELENA MANIAKOWSKA: – Znana jest Pani słuchaczom Radia Maryja z niedzielnych audycji „Fascynacje muzyczne” oraz wielbicielom muzyki klasycznej z prowadzenia koncertów. Skąd to umiłowanie muzyki?

Reklama

DR ELŻBIETA SZCZURKO: – Zawdzięczam je moim rodzicom i atmosferze domu rodzinnego. Mój tata jest zawodowym muzykiem, a mama, choć nie kształciła się w dziedzinie muzyki, jest obdarzona pięknym głosem, pochodzi zresztą z rodziny, w której pielęgnowane było domowe muzykowanie. Wzrastałam więc razem z młodszą siostrą Ireną w otoczeniu muzyki, która nas od najmłodszych lat fascynowała. To sprawiło, że podjęłyśmy naukę gry na fortepianie w szkole muzycznej. Bardzo często występowałyśmy na popisach szkolnych, m.in. grając na cztery ręce. W szkole średniej kontynuowałam naukę fortepianu, uczyłam się także w klasie śpiewu solowego. Miałam szczęście kształcić się u znakomitych pedagogów: pianistek Róży Mierzwy i Marii Krzyżanowskiej oraz śpiewaków Wiesława Grajkowskiego i Anny Marcoń-Zając. Pod koniec szkoły średniej nauczyciele zachęcali mnie, abym podjęła studia wokalne. Nigdy nie zapomnę, kiedy po egzaminie dyplomowym, który zakończyłam arią Małgorzaty z opery „Faust” Charles’a Gounoda, podszedł do mnie Sergiusz Konter, emerytowany pedagog (pianista, kompozytor), i wręczając mi bukiet 25 róż, powiedział: „Twoja Małgorzata żyła!”. To był najpiękniejszy komplement. Rzeczywiście myślałam o śpiewie, ale ostatecznie wybrałam Wydział Kompozycji i Teorii Muzyki. Nadal jednak śpiewałam w chórach, także w zespole muzyki dawnej. Mogę nawet pochwalić się płytą nagraną gościnnie z zespołem „Collegium Vocale” z Bydgoszczy, która w kategorii muzyki dawnej otrzymała statuetkę Fryderyka.

– Zajmuje się Pani historią i teorią muzyki XX wieku. Czy muzyka współczesna może radować serce, tak jak to czyni muzyka klasyczna z Chopinem, van Beethovenem czy Mozartem, którzy należą do kanonu wybitnych kompozytorów?

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Reklama

– Radość rozumiana jako postawa duchowa wynika z upodobania człowieka w prawdzie, dobru, pięknie i innych pokrewnych ideałach. Raduje nas to, co wprowadza ład i harmonię, czyli ma atrybuty klasycznie pojętego piękna. Myślę, że w muzyce współczesnej są dzieła wielkie, zobowiązane wobec wspomnianych kategorii, które mogą nas radować, wzruszać czy pobudzać do metafizycznej refleksji. Ostatnio takie właśnie odczucia towarzyszyły mi, kiedy słuchałam np. „Kyrie”, jednego z ostatnich dzieł Henryka Mikołaja Góreckiego. Warto jednak zauważyć, że w dzisiejszym świecie sztuka zdaje się odwracać od piękna, a w imię tzw. twórczej wolności szuka innych wartości lub w ogóle odrzuca wartości pozytywne. A przecież, jak pisze Władysław Stróżewski, to wartości decydują, że coś jest arcydziełem, arcydzieło zaś jest „miejscem piękna”. Warto w tym miejscu przypomnieć też słowa Jana Pawła II, który w Liście do artystów podkreślił, że piękno jest „powołaniem artysty”, jest ono też „widzialnością dobra”, tak jak dobro jest „metafizycznym warunkiem piękna”. Przypominam sobie ostatnią Pasterkę z udziałem naszego Ojca Świętego w 2004 r. Dane mi było wtedy być w Bazylice św. Piotra w Rzymie i odczytać jedno z wezwań w ramach modlitwy powszechnej – myślę, że słowa te są kluczem do problemu, który rozważamy: „Za artystów rozmiłowanych w pięknie, dla którego pracują: by byli sługami prawdy, zawsze i wszędzie godni swoich ideałów, niosąc radość sercu człowieka naszych czasów”.

– By głosić prawdę, trzeba być wolnym. Czy czas komunizmu, czas cenzury, nie zachwiał twórczej wolności kompozytorów?

– W materialistycznej koncepcji sztuki odrzucono istnienie osobowego Boga i transcendentne pochodzenie piękna, wykluczono więc pojmowanie sztuki jako obrazu wieczności. Według ideologii komunizmu, artysta jest przedmiotem, a nie podmiotem, który myśli i tworzy, dostrzega w swych dziełach pewien odblask misterium stworzenia. Jeśli człowieka odziera się z jego podmiotowości, to nie może być mowy o wolności, ale raczej o zniewoleniu. Taką pułapką okazała się zachodnia awangarda, której po II wojnie światowej uległo wielu młodych polskich twórców. Krzysztof Penderecki, kiedyś jeden z czołowych przedstawicieli awangardy, dokonując po latach rozrachunku z tą estetyką, wyznał, że pilną potrzebą współczesnego świata jest nawrót do chrześcijańskich wartości i „jak najszybsze odbudowanie zniszczonej przez kataklizmy XX wieku metafizycznej przestrzeni człowieka”. Przywołując jako kontynuację prometejskich oczekiwań ubóstwienia człowieka powstałe w XIX stuleciu idee – filozofię mocy i nadczłowieka Fryderyka Nietzschego oraz sformułowaną przez Karola Marksa filozofię „wyzwolenia i samotworzenia ludzkości”, Penderecki zwrócił uwagę, że każda próba odejścia od Boga, a zwłaszcza zuchwała wola dorównania Mu, kończy się straszliwym i żałosnym upadkiem.

Reklama

– Czy można użyć określeń „kłamstwo” i „prawda” w odniesieniu do twórczości muzycznej?

– Przed takim właśnie dylematem stawali np. polscy kompozytorzy zniewalani dyktaturą realizmu socjalistycznego. Niektórzy jej ulegali, pisywali więc pieśni masowe i kantaty na cześć Stalina, inni komponowali „do szuflady”, jeszcze inni wybierali emigrację. Roman Palester, jeden z czołowych kompozytorów emigracyjnych, którego muzyka przez wiele lat była w Polsce „źle obecna”, przyznał, że jedynym wielkim plusem tworzenia poza krajem ojczystym było to, że nie trzeba było kłamać i oszukiwać. Zacytuję jego słowa: „Można znieść do czasu niewolę czy brak swobody i niezawisłości, ale to, co wydaje się najtrudniejsze do zniesienia, to właśnie owo podeptanie elementarnej godności ludzkiej, konieczność ciągłego oklaskiwania swojej niewoli i apoteozowania własnych gnębicieli”. Podobną postawę przyjął Antoni Szałowski, przedstawiciel polskiego neoklasycyzmu, któremu poświęciłam moją rozprawę doktorską. Do Paryża wyjechał na początku lat 30., aby kształcić się u słynnej pedagog Nadii Boulanger. Po wojnie, znając sytuację w Polsce, zdecydował się na pozostanie na obczyźnie, choć za swoją wolność płacił nieraz cenę ewangelicznego ubóstwa.

– Czy kompozytorzy, chcąc komponować zgodnie z własnym talentem i wizją twórczą, nie skazują się na samotność – mimo że przecież większość z nich pragnie być utrwalona dla pokoleń?...

Reklama

– Kiedy przyjrzymy się losom kompozytorów, zauważymy, że nawet ci najwięksi, których muzykę dzisiaj podziwiamy, nie od razu znajdowali zrozumienie u słuchaczy. Nie każde dzieło van Beethovena jemu współcześni przyjmowali z entuzjazmem. Ze sprzecznymi opiniami spotykała się także muzyka Chopina. Podczas gdy jego wspaniałe koncertowe etiudy Robert Schumann nazwał dziełami prawdziwie poetyckimi, Ludwig Rellstab przestrzegał pianistów o zdrowych palcach przed ich wykonywaniem, jeśli nie ma w pobliżu chirurga. Te silące się na dowcip złośliwości są dzisiaj przywoływane, oczywiście, jako anegdotyczne kuriozum. Myślę, że problem recepcji sztuki wiąże się z kwestią osobowości i wielkości artysty, pozostającej poza zasięgiem przyjętych norm, do których jesteśmy jako odbiorcy przyzwyczajeni. Z pewnością nie jest powinnością artysty uleganie modzie ani schlebianie gustom publiczności, twórca nie powinien jednak zapominać o odbiorcy dzieła sztuki. Pamiętam jedną z wypowiedzi Zbigniewa Bargielskiego, profesora kompozycji bydgoskiej Akademii Muzycznej, który zauważył, że niektórzy dzisiejsi twórcy, upajając się możliwością najróżniejszych kombinacji dźwiękowych, tracą z pola widzenia odbiorcę swojej muzyki. Koncentrują się na rozwiązywaniu technicznych problemów i zapominają, że celem tworzenia jest powołanie do istnienia dzieła sztuki. Witold Lutosławski, jeden z najbardziej uznanych kompozytorów XX wieku, niejednokrotnie podkreślał, że nie zależało mu nigdy na „zjednywaniu” słuchaczy, ale na „odnajdywaniu” tych, którzy w najgłębszych pokładach duszy czuli tak, jak on. Miejmy nadzieję, że muzyka, która powstaje dzisiaj, będzie utrwalona dla przyszłych pokoleń ze względu na swoją prawdziwą wartość, ta zaś nigdy nie zależy od społecznej akceptacji.

– Muzyka raduje, leczy – wszak stosuje się muzykoterapię. Czy może być też niszcząca?

– Według naukowców zajmujących się muzykoterapią, niezwykle dobroczynny wpływ na nasze zdrowie psychiczne i fizyczne ma muzyka klasyczna. Wymieniane są zwłaszcza dzieła Bacha, Vivaldiego czy Mozarta, których słuchanie uśmierza ból, poprawia pamięć, wspomaga leczenie. Zauważmy, że pozytywny wpływ ma muzyka, która zachwyca doskonałością formy i treści, w której czynniki obiektywny i subiektywny są idealnie zharmonizowane. Jeśli te proporcje są zaburzone, skutek jest odwrotny. Tak dzieje się choćby w przypadku podgatunku muzyki rockowej, jakim jest haevy metal. Ten rodzaj muzyki, jak pisał kiedyś kard. Joseph Ratzinger, niszczy indywidualizm i osobowość człowieka. Muzyka staje się przeżyciem ekstatycznym, uwolnieniem od swojego świadomego jestestwa, podobnie jak w narkomanii. Skutkiem takiego działania może być rozpad duchowy istoty ludzkiej w sensie osobowościowym, intelektualnym czy moralnym.

– Jak więc zachęcić, zwłaszcza młodych ludzi, do słuchania dobrej muzyki?

– Wrażliwość człowieka na piękno trzeba budować od pierwszych chwil jego życia. Przywołam bardzo ciekawą wypowiedź Jordiego Savalla, jednego z najwybitniejszych współczesnych gambitów (grających na violi da gamba – przyp. red.), który napisał: „Pierwszego dnia po narodzinach, kiedy matka rozmawia z dzieckiem, nie rozumie ono samych słów, ale pojmuje ich muzykę. Pierwsza rzecz, którą odbiera, to sposób, w jaki matka śpiewa słowo, i w ten sposób odczuwa jej miłość. Te same słowa można zaśpiewać inaczej. Dlatego nasza wrażliwość jest tak różnie ukształtowana, w zależności od tego, jak śpiewali nasi rodzice”. I tak dochodzimy do kluczowego słowa, którym jest miłość. Jeśli czujemy się obdarowani miłością Stwórcy, jeśli potrafimy odwzajemnić miłość naszych rodziców wobec drugiego człowieka, będziemy poszukiwać piękna, a nie brzydoty, dążyć do prawdy, a nie fałszu, znajdować upodobanie w dobru, a nie złu. Wówczas odnajdziemy też radość w obcowaniu z tymi dziełami sztuki, które będą zdolne przenosić nasze dusze od świata zmysłowego i duchowego tego istnienia w rzeczywistość wieczną.

2015-03-10 16:25

Oceń: 0 -1

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Leon XIV: jesteśmy wezwani do głoszenia Ewangelii wszystkim i wszędzie

2026-01-25 12:28

[ TEMATY ]

Leon XIV

Vatican Media

„My, chrześcijanie, musimy pokonać pokusę zamykania się: Ewangelia musi być bowiem głoszona i przeżywana w każdych okolicznościach i w każdym środowisku, aby była zaczynem braterstwa i pokoju między osobami, kulturami, religiami i narodami” - powiedział papież 25 stycznia w rozważaniu poprzedzającym modlitwę „Anioł Pański”.

Drodzy Bracia i Siostry, dobrej niedzieli!
CZYTAJ DALEJ

Współpracownicy św. Pawła

Niedziela Ogólnopolska 4/2022, str. VIII

Adobe Stock

Święci Tymoteusz i Tytus, biskupi

Święci Tymoteusz i Tytus, biskupi

Byli jednymi z najbliższych współpracowników Apostoła Narodów. Należą do pierwszego pokolenia biskupów, którzy byli uczniami Apostołów.

Tymoteusz, którego imię greckie oznacza „tego, kto czci Boga”, przyjął chrzest z rąk św. Pawła. Urodził się w Listrze z matki Żydówki i ojca Greka (por. Dz 16, 1). Święty Paweł w swoim Liście do Tymoteusza przekazuje nam imiona jego matki – Eunice oraz babki – Lois (por. 2 Tm 1, 5). Apostoł Narodów wybrał Tymoteusza na swego towarzysza podróży misyjnych – Tymoteusz przemierzył razem z Pawłem i Sylasem Azję Mniejszą, aż po Troadę, skąd przeszli do Macedonii. Spotykamy go w Atenach, w Tesalonice. Był w Koryncie. Sam św. Paweł doceniał zaangażowanie Tymoteusza w dziele misyjnym i ewangelizacyjnym. Napisał o nim w swoim Liście do Filipian: „Nie mam bowiem nikogo równego mu duchem, kto by się szczerze zatroszczył o wasze sprawy” (Flp 2, 20). Tymoteusza odnajdujemy również w Efezie podczas trzeciej podróży apostolskiej Pawła. Benedykt XVI w jednej ze swoich katechez podkreślił, że „Tymoteusz jawi się jako wielki pasterz”. Według Historii kościelnej Euzebiusza, Tymoteusz był pierwszym biskupem Efezu.
CZYTAJ DALEJ

Krzyż Olimpijski i Paraolimpijski dotrze do Mediolanu

2026-01-26 14:28

[ TEMATY ]

Mediolan

Igrzyska Olimpijskie

Krzyż Olimpijski i Paraolimpijski

Vatican Media

Członkowie Athletica Vaticana niosący Krzyż Olimpijski i Paraolimpijski podczas pielgrzymki do Drzwi Świętych

Członkowie Athletica Vaticana niosący Krzyż Olimpijski i Paraolimpijski podczas pielgrzymki do Drzwi Świętych

29 stycznia watykańskie stowarzyszenie sportowe Athletica Vaticana przywiezie do Mediolanu krzyż olimpijski. Zostanie on wprowadzony do bazyliki św. Babiły, która podczas XXV Zimowych Igrzysk Olimpijskich będzie tzw. kościołem sportowców, czyli duszpasterskim centrum igrzysk.

Krzyż Olimpijski i Paraolimpijski – bo tak brzmi jego pełna nazwa – towarzyszy sportowcom od czasu XXX Letnich Igrzysk Olimpijskich, które w 2012 r. odbywały się w Londynie. W najbliższy czwartek zostanie on wprowadzony do mediolańskiej bazyliki, przy okazji Mszy św., której o godz. 18.30 będzie przewodniczyć abp Mario Delpini, metropolita Mediolanu. Odbędzie się to w przeddzień Rozejmu Olimpijskiego, który, zgodnie z rezolucją Zgromadzenia Ogólnego ONZ, trwa od tygodnia poprzedzającego rozpoczęcie Igrzysk (które zaczynają się 6 lutego) do tygodnia po zakończeniu Paraolimpiady (jej zamknięcie odbędzie się 15 marca). Przez cały ten czas mediolańska świątynia będzie pełniła rolę tzw. kościoła sportowców – to tam będą odbywały się nabożeństwa i spotkania, związane z trwającymi igrzyskami.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję