Reklama

W wolnej chwili

Płonąca panna młoda

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Późnym latem, po żniwach i drugim pokosie siana, całą ferajną: ministranci, schola, asysta, urządzamy rajd o błękitną wstęgę Widawki, naszej rzeki. Proboszcz na swojej sfatygowanej damce bierze czynny udział z pretensją do zwycięstwa. Wysiada jednak i poddaje się dopiero na ostatnim odcinku specjalnym. Wcześniejsze, bo jest ich kilka, przechodzi z marszu. Trzeba przejechać w bród po mokrych kamieniach rzeki, po piachu, żeby nie spaść ani nie podeprzeć się nogą, wąską kładką nad rzeką i teraz ten. To zresztą jest gęste sito. Poległa tu znaczna większość, to i lepiej, bo bałem się już o nagrody. Oni są bardzo wytrzymali i wysportowani. Codziennie jeżdżą na tych rowerach i do szkoły, i do sklepu, i do kościoła, a odległości kilometrowe. To jest stały trening. Gdyby nie ten ostatni odcinek, byłaby bieda. Polegał na przejechaniu po kartoflisku w poprzek, po redlinach. To jakieś 200 m pola, wprawdzie przedeptaną ścieżką, ale te redliny i tak wysokie. Tam trzeba mieć specjalną technikę. Nie da się na siodełku, najlepiej na stojąco, i to umiejętnie balansując ciałem. Sprawę komplikuje jeszcze czas, określone było minimum. Jedni próbowali z rozpędu, jak najszybciej, inni, np. proboszcz, metodycznie, wolno, żeby złapać rytm i dopiero przyspieszyć. Wszystko to na nic.

Reklama

– To jakieś bandyckie zasady. Kto jeździ po czymś takim? – oburzał się proboszcz i nie chciał uznać werdyktu. Dyskwalifikacja, zawyrokowano gremialnie. Próbował nas przekupić, ale był nieprzekonywający. Sam w końcu, udobruchany pochwałami, że jako senior radzi sobie prawie tak samo jak oni, młodzi, wręczał puchar zwycięzcy. Po zawodach zaś ognisko, śpiewy i pieczenie kartofli. Proboszcz jest niezrównany w gawędach i opowieściach o strachach. Robi to tak sugestywnie, że skóra cierpnie na plecach, tym bardziej że pustkowie i wokoło ciemność nieprzenikniona. Dziewczyny ściskają się wokół ogniska, chłopcy wprawdzie udają twardzieli, ale jak jeden drugiego niespodziewanie szarpnął za nogawkę, wrzask był na całą okolicę. Efekt tego jest taki, że później trzeba odprowadzać co bardziej płochliwych pod sam próg domu.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

W niespełna tydzień później dowiadujemy się, że jedna z uczestniczek tego rajdu i pomysłodawczyni odcinka specjalnego jest w szpitalu. Jedziemy z odwiedzinami. Trzyma się dzielnie, żartuje, że do wesela wszystko będzie dobrze. Tymczasem leczenie trwa i trwa bez jakichkolwiek rezultatów. Dziewczyna niknie w oczach. Aż trudno uwierzyć, zawsze silna, pełna werwy, zaprawiona w pracy. Mama jej zapłakana, mówi, że są kiepskie rokowania, chcą ją wypisać, bo nie mogą pomóc. Jesteśmy przybici, bezradni, smutni. Wszystko to wydaje się nierealne, niemożliwe, organizujemy czuwania, modlitwy. Proboszcz mówi: – Jak już będzie w domu, weź ją z matką i zawieź je do Antka.

To proboszcz z sąsiedniej parafii, tak po trosze zajmujący się ziołolecznictwem. Taki sympatyczny dziwak. Wiosną chodzi po łąkach, lasach, zbiera zioła, suszy i w razie potrzeby zapodaje zarówno parafianom, jak i ich zwierzętom. Podobno wielu mu zawdzięcza powrót do zdrowia. Mój proboszcz też ma mu coś do zawdzięczenia.

– Jedź śmiało, zna cię. Jak tylko będzie mógł, pomoże. Mnie uratował też z ciężkiego stanu.

Reklama

Jedziemy, przyjmuje nas serdecznie w ogrodowej altanie. Pod dachem pełno powiązanych w pęczki pachnących kwiatów i zielska. Długo ogląda wyniki badań, wypis ze szpitala, zagląda jej w oczy, ogląda dokładnie paznokcie. Jest skupiony, ilekroć matka chce się odezwać, powstrzymuje ją ruchem ręki. Trwa to i trwa, obchodzi ją dookoła, bada puls, łapie za głowę, uciska gdzieś, pytając, co czuje, i ciągle w tym skupieniu, zamyśleniu wręcz nabożnym. Co chwilę siada, myśli, coś zapisuje, znowu wstaje, podchodzi, ogląda, jakby mu się coś nie zgadzało, coś do siebie mówi, gestykuluje, sprzecza się ze sobą? Popatrujemy niepewnie na siebie z matką dziewczyny, ona sama jest tak osłabiona, że nie robi to na niej szczególnego wrażenia. Poddaje się biernie wszystkim tym oględzinom i badaniom, pytana odpowiada precyzyjnie i tyle. On sam zaś wreszcie siada i nieruchomieje na dłuższą chwilę, oczy ma utkwione w niej, jakby czegoś intensywnie szukał. Znowu coś zapisuje, wraca do badań i wypisu. I tak dobrą godzinę. Pogodnieje nagle na twarzy, uśmiecha się do nas, jakby wracał po jakiejś nieobecności z odległego miejsca, i mówi:

– Będzie dobrze. Niech się pani nie martwi. Jeszcze będzie pani bawić jej dzieci, swoje wnuki. Naprawdę. Tylko musicie bardzo skrupulatnie przestrzegać wszystkiego, co zalecę.

Siadam przy stole i spisuję dyktowane przez niego wskazania. Jest tego parę kartek. Co trzeba kupić w aptece, które zioła jak dawkować, co po czym i w jakich ilościach. Z tego wszystkiego zapamiętuję tylko jedno, bo wydawało mi się obrzydliwe. Chyba trzy razy dziennie ma jeść surową wątróbkę z młodych gołębi i cieląt. Dokładnie jest podane, jak ma być posiekana i co dodane. Jest też jeszcze jakaś sałatka z pokrzyw, babki lancetowatej, mlecza, krwawnika i jeszcze jakiegoś zielska, tylko przestrzega, żeby nie pomylić, zawsze trzeba sprawdzić i liść, i kwiat, i korzeń, bo jedno lecznicze, a drugie trujące. Na moje zdziwienie tłumaczy mi o przyswajalnych przez organizm witaminach i minerałach, substancjach czynnych i jeszcze jakichś innych, ale niewiele rozumiem i jeszcze mniej pamiętam. Jest tego naprawdę dużo. Matki to jednak nie przeraża, obiecuje solidnie wszystko przygotowywać. O zapłacie nie ma mowy, mamy się za niego pomodlić i pozdrowić naszego proboszcza.

– A zaproś mnie na swój ślub – mówi do dziewczyny, którą we dwoje z matką prowadzimy pod pachy.

Jest bardzo osłabiona i wycieńczona. Do domu trzeba będzie ją już zanieść.

Reklama

– Jak tak powiedział, to tak będzie – ucina proboszcz moje zwątpienia i niepokoje. – Powiedziałby wprost, jakby się miało do śmierci. Taki już jest. Pojechałem do niego z bratową. Spojrzał tylko na nią, w oczy i na ręce, i powiedział, że trzeba się przygotować do śmierci. Nawet w papiery nie chciał spojrzeć. Coś jej tylko na uśmierzenie bólu dał. I tak było, jak powiedział, 2 tygodnie, co do dnia. Ta mi płacze, ja do niego z pretensjami, jak mógł tak od razu, a on mi mówi, że nie można łudzić ludzi, że mają prawo wiedzieć, że to z szacunku do niej. No co zrobisz, taki już jest.

Odwiedzamy ją często w domu. Dziewczyna odzyskuje powoli kolory na buzi, uśmiech i siłę. Gołębie wybite w okolicy, coraz dalej trzeba jeździć po świeżą wątróbkę, ale efekty widać gołym okiem. Na jakimś odpuście mówię ks. Antoniemu, że ta jego pacjentka była już sama w kościele. Nie dziwi się w ogóle, tylko poleca, żeby jeszcze nie porzucała diety i tych ziół, które jej ostatnio podawał.

Na ślubie, a jednak miał rację, jesteśmy we trójkę. Sama podzieliła, kto z nas ma co do roboty i jaka rola mu przysługuje na jej, jak zaznaczyła, uroczystości. Bo odzyskała nie tylko zdrowie i siłę, ale i dawne zdecydowanie, i pewność siebie.

– Czy on da aby radę takiej babie? – mówi proboszcz, z niepokojem patrząc na parę młodych. – Patrz. Ona postawna, piękna, w pełnym rozkwicie, a on jakiś taki wymizerowany, nieśmiały, wylęknięty jakby. Trzeba by go też do Antka na kurację wysłać.

Reklama

Ślub jest okazały, bo to i gości dużo z obu stron, i gapiów nie brakuje. Kościół wypełniony, chór, orkiestra, szpaler druhen i drużbów. W pewnym momencie ceremonii państwo młodzi otrzymują zapalone świece. Patrzymy za nimi, jak odchodzą od ołtarza w stronę klęczników, za młodą ciągnie się długi welon. Oni zajmują miejsce, a my wracamy do przerwanej celebry. Nagle słyszę takie głośne, gromadne westchnienie, podnoszę wzrok i widzę obraz niezwykły i przerażający jednocześnie. Panna młoda w płomieniach. Patrzy w moją stronę z niezmąconym uśmiechem w girlandzie płomieni. Nie jest świadoma tego, co się z nią dzieje. Musiała pochylić się nad płomieniem świecy i zajął się tiulowy welon. Stoję sparaliżowany tym całym widowiskiem. Widzę, obok pan młody patrzy z przerażeniem na to wszystko, też niezdolny, by wykonać jakikolwiek ruch. Proboszcz nie widzi tego wcale, zatopiony w mszale, ks. Antoni jak zwykle anielskim spojrzeniem bliższy niebiosom niż sprawom ziemi. Przytomność umysłu wykazuje chrzestna panny młodej. Podbiega i nakrywa ją płaszczem, by zgasić płomień welonu i świecy. Ta zaś, zdumiona i zaskoczona całkowicie, co też się wyprawia z jej misterną fryzurą, patrzy oburzona na te dziwne zabiegi. Mówi mi potem:

– Głupia ciotka, nie mogła zdmuchnąć, musiała płaszczem całym? Pół dnia mi fryzjerka układała, a ta raz praz i fryzura na uchu. Jak ja wyglądałam potem.

Na nic moje zapewnienia, że w dalszym ciągu pięknie, a pożar trzeba było ugasić, zanim się włosy zajmą. I tak była zła na ciotkę, bo na zdjęciach ta nieszczęsna fryzura wisi beznadziejnie po jednej stronie głowy jak krasuli koszyk na rogach, tak powie.

Była pierwszą z tego towarzystwa, która wychodziła za mąż i wpadała prosto w świat dorosłych. Reszta pozostawała jeszcze po tej stronie, zabaw, wygłupów, beztroski. Patrzyli na nią z podziwem i uznaniem, dojrzewając powoli do tych samych ról. Antoni miał rację, urodziła troje dorodnych wnuków swojej matce, a chłopa podobno lała, tak mówili, bo zaglądał do kieliszka.

2025-09-23 13:58

Oceń: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Szczęśliwe zakończenie

Czy on jest aby zdatny do małżeństwa? Po całej parafii huczy, że ma feler i dlatego do wojska nie poszedł.
CZYTAJ DALEJ

Pielgrzymi z Polski utknęli w Wietnamie. Ich modlitwy zostały wysłuchane

2026-03-05 20:20

Pielgrzymi z Gorzowa Wlkp. utknęli w Wietnamie

Parafia pw. Pierwszych Męczenników Polski w Gorzowie Wielkopolskim

Parafia pw. Pierwszych Męczenników Polski w Gorzowie Wielkopolskim

Pielgrzymi z Gorzowa Wlkp., którzy w lutym polecieli na pielgrzymkę do Wietnamu, utknęli w Ho Chi Minh (dawnym Sajgonie) i nie mają jak wrócić do Polski z powodu działań wojennych na Bliskim Wschodzie. O okolicznościach pobytu i perspektywach powrotu opowiada w rozmowie z Łukaszem Brodzikiem ks. Barnaba Dębicki, opiekun duchowy pielgrzymów.

Wczoraj na profilu facebookowym parafii Rzymskokatolickiej pw. Pierwszych Męczenników Polski w Gorzowie Wielkopolskim pojawiła się kolejna - bieżąca - relacja z pielgrzymki do Wietnamu. 40 osobowa grupa parafian wraz z wikariuszem, ks. Barnabą udała się 26 lutego m.in. do Sajgonu, by doświadczyć "prawdziwej mozaiki historii, wiary i piękna stworzenia". 
CZYTAJ DALEJ

Nowe dzieło religijne i artystyczne w Bazylice św. Piotra

2026-03-06 08:12

[ TEMATY ]

Watykan

Bazylika św. Piotra

Vatican Media

Pielgrzymi i turyści odwiedzający Bazylikę św. Piotra mogą od początku Wielkiego Postu tego roku oglądać stacje Drogi Krzyżowej, umieszczone w nawie głównej i w części prezbiterium, przyciągające uwagę swoimi kolorami, do tej pory nieznanymi w tej świątyni, i ekspresją przedstawionych postaci. Odnosi się niemal od początku wrażenie, że mamy do czynienia ze sztuką tradycyjną i nowoczesną zarazem.

W grudniu 2023 r. Fabryka św. Piotra (watykańska instytucja zajmująca się administracją i wyposażeniem bazyliki) ogłosiła międzynarodowy konkurs na stacje Drogi Krzyżowej, mając na uwadze zarówno cele duchowe jak i artystyczne. Chodziło o znalezienie artysty, który zaproponowałby stacje harmonizujące z cała architekturą potężnej świątyni jak i z jej bogatym i różnorodnym wyposażeniem, co, oczywiście, nie było sprawą prostą. Inicjatywa wpisuje się w jubileusz 400-lecia poświęcenia bazyliki, które miało miejsce w 1626 r. Nabór prac był otwarty dla wszystkich artystów powyżej 18 roku życia, bez względu na narodowość, płeć, wiek czy wyznanie. Jedynym wymogiem było zachowanie czternastu tradycyjnych stacji Drogi Krzyżowej, od skazania przez Piłata Jezusa na śmierć po złożenie Go do grobu. Odzew był niezwykły i zaskoczył samych organizatorów. Otrzymano ponad tysiąc zgłoszeń z osiemdziesięciu krajów na pięciu kontynentach.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję