Reklama

Syberyjska odyseja

Wychowany na lekturze literatury awanturniczo-przygodowej o takiej wyprawie marzyłem od dzieciństwa. Mój ulubiony autor Jack London pobudzał ciekawość i wzbudzał emocje, czym motywował do aktywności. Jego książki, będące hymnem na cześć determinacji, odcisnęły piętno na mojej wyobraźni i ambicjach i z nich czerpałem hart ducha.

Niedziela Ogólnopolska 4/2026, str. 56-58

archiwum Jacka Pałkiewicza

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Nęcił mnie niedostępny Ojmiakon, światowy biegun zimna na wschodnich rubieżach syberyjskiej ziemi, gdzie swego czasu zarejestrowano rekordową temperaturę -71,2°C w miejscu stale zamieszkałym przez człowieka. Na fali gorbaczowskiej pierestrojki w 1988 r. uzyskałem zgodę na tę pionierską ekspedycję. Przygotowania do niej trwały ponad rok. Musiałem uzgodnić trasę przejazdu i listę sprzętu. W Jakucku nadzorowałem szycie specjalnej odzieży, załatwiałem dzierżawę sanek i reniferów. Powodzenie wyprawy zależało też od właściwego doboru uczestników, musiałem zatem wybrać ludzi wytrzymałych psychicznie i fizycznie, wierzących we własne siły, gotowych sprostać wymaganiom stawianym przez jedno z najbardziej ekstremalnych środowisk życia na Ziemi. W wojskowych jednostkach specjalnych mówi się, że są to ludzie o stabilnej i mocnej psychice. Znalazłem takich wśród byłych kursantów mojej szkoły przetrwania.

Reklama

Nasza wyprawa ma także wymiar naukowy. Profesor Wasilij Aleksiejew z jakuckiego Instytutu Medycyny Dalekiej Północy szuka rozwiązań, które umożliwiłyby skrócenie okresu adaptacyjnego i uczyniły łatwiejszym życie w zimnym regionie. Nie ukrywa, że na przykładzie uczestników wyprawy, nawykłych do łagodnego klimatu Włochów, chce zgłębić temat granicy przystosowania organizmu do krańcowych obciążeń w warunkach długotrwałego zimna. Do badań angażuje nie tylko naukowców z dziedziny biologii człowieka, ale także fizjologów czy psychologów.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Żegnani przez liczną grupę miejscowych wyjeżdżamy z Jakucka w kawalkadzie złożonej z czterdziestu ośmiu renów zaprzęgniętych do dziewiętnaściorga sań. Nieustannie towarzyszą nam tęgi mróz, przemarzłe zaspy śnieżne i skrzące się w słońcu drobne kryształki lodu. Wokół dziewicza, niegościnna kraina, nieskażona obecnością człowieka, w której majestat pustki wypełnia wszechobecna, męcząca oczy biel. Skrajnie suche powietrze jest wyjątkowo wolne od zanieczyszczeń. Mam wrażenie, jakbym się znalazł na innej planecie, z dala od codziennej egzystencji.

Puszysty obłok oparów spowija orszak zziajanych reniferów pędzących z gracją pośród lodowatej pustyni. Blada, martwa tarcza słoneczna i wzgórza skąpane w różowej poświacie dopełniają malowniczości obrazu. Rytm kopyt, skrzypienie płóz po śniegu i radosny głos dzwonków wprowadzają w metafizyczny nastrój. Podobnie nieuchwytnego czaru nie oddałby geniusz żadnego artysty malującego zimowe pejzaże.

Reklama

Z zauroczenia wyrywa mnie zimno. Skostniały i skulony na saniach czuję, jak chłód sięga szpiku kości. Codziennie dotykają nas intensywny mróz i zmęczenie, wystawiające na bezlitosną próbę. Gniewnie uderzająca purga, zamieć śnieżna, przysparza nowych problemów. Naciągam głębiej futrzany kaptur, bo igiełki lodowego pyłu smagają twarz, zamarzając na niej w szklistą skorupę. Termometr wskazuje „tylko” 50°C poniżej zera, ale według tabelki oziębienia eolicznego, silny wiatr, którego prędkość oceniam na 13-14 m/s, nasila skutki działania mrozu, powodując takie ochłodzenie odkrytej części ciała, jakie następuje przy bezwietrznej pogodzie i temperaturze -94°C! Wtedy skóra może ulec odmrożeniu już w ciągu 30 s. W taką pogodę ludzie nie wyganiają z domu nawet psa. Instynkt nakazuje zmobilizować całą uwagę, aby uchronić się przed zamarznięciem. Do najbliższego skupiska ludzkiego jest kilkaset kilometrów, cztery razy mniej niż do koła podbiegunowego.

W tym klimacie najważniejsze znaczenie ma odzież. Nasz tradycyjny ubiór, przejęty od Eskimosów i narodów Dalekiej Północy, jest wprawdzie ciężki i krępujący ruchy, ale za to ciepły i trwały. Nic nie potrafi zapewnić takiej skuteczności, nawet odzież wykorzystująca kosmiczną technologię czy nowoczesne ocieplacze, piankowe kombinezony narciarskie i różne szeroko reklamowane włókna termoizolujące.

Składamy pierwszą daninę. Dima, autochtoński hodowca reniferów, odmroził sobie nos, pierwszy raz w życiu. Ja też odczuwam skutki okrutnego mrozu. Zimno uszkodziło mi tkanki palców i straciłem czucie. Rozgrzewam biedne ręce i po półgodzinie koniuszki palców zaczynają palić jak przypiekane ogniem. Ból nie do zniesienia jest znakiem, że krew zaczyna krążyć w uszkodzonych tkankach i wszystko wraca do normy. Raz jeszcze przypominam wszystkim, aby wystrzegali się bezruchu, poruszali palcami rąk i nóg, rozcierali delikatnie uszy i nos, nieustannie robili grymasy, wprawiając w ruch mięśnie twarzy. Im później zastosuje się środki zapobiegawcze, tym dłużej przyjdzie odzyskiwać ciepło. Uwiódł nas wszystkich jednak archaiczny spektakl majestatycznej, raz gościnnej, innym razem obojętnej natury, gdzie łatwiej jest spotkać wilka i niedźwiedzia niż istotę ludzką.

Reklama

W pewnej chwili struchlałem. Jeszcze przed chwilą podziwiałem majestat tajgi, a teraz jestem w sidłach naledzi. Doszedł mnie złowieszczy trzask, zobaczyłem pękający lód i spłoszone reny szamoczące się wśród odgłosów kruszącej się tafli lodowej. Sytuacja zdała się krytyczna. Pół konwoju znalazło się w wodzie i lód szybko skuwał w żelaznym uścisku kłębowisko sań, uprzęży i leżących bezwolnie w wodzie reniferów. Nasze przeżycie zależy od szybkości działania. Czas nagli, cenna jest każda minuta. Rozcinamy uprząż i brodząc po kolana w lodowej brei, z trudem wyciągamy na brzeg zwierzęta i sanie. Filcowe walonki zamieniają się w bloki lodu. Mróz paraliżuje, zesztywniałe mięśnie odmawiają posłuszeństwa. Wreszcie ostatkiem sił cały dobytek zostaje uratowany. Wyczerpani harówką przy ognisku zmieniamy obuwie i dolną odzież zastygłą w jeden sztywny pancerz.

Dzień później, kiedy zatrzymujemy się, aby rozruszać kości i się rozgrzać, zamknięty w sobie Roberto pozostaje na sankach. Ma sine wargi, bladą skórę i co chwila wstrząsają nim gwałtowne dreszcze. Zachowuje się apatycznie i ospale, wygląda, jakby był pijany. Odpowiada bez sensu na pytania. To hipotermia, wychłodzenie organizmu spowodowane długotrwałym oddziaływaniem zimna. Jego temperatura ciała spadła do 30°C, dalsze obniżenie doprowadziłoby do zgonu. Rozbijamy obóz, a Graziano, pełniący funkcję sanitariusza, zajmuje się poszkodowanym. Podaje mu ciepłą słodką herbatę z termosu, po czym układa go na saniach w pozycji leżącej z podkurczonymi nogami, co powinno zapobiec dalszemu wychłodzeniu. Podkłada pod niego skóry i przykrywa go nimi także z góry. Zdezorientowany i uwolniony od instynktu samozachowawczego Roberto mamrocze pod nosem, że nic mu nie jest i żeby go zostawić w spokoju. Jeśli zajdzie potrzeba, Dima skorzysta z doświadczeń miejscowych: poświęci renifera, aby w jego otwartym gorącym wnętrzu rozgrzać nieszczęśnika.

Po miesiącu dobrnęliśmy do Ojmiakonu – kresu podróży. Za nami tysiąc wiorst (1,2 tys. km) syberyjskich rubieży. Futrzane czapki fruną ponad pomnikiem Polius Chołoda, -71,6°C. Wpadamy sobie w ramiona. Mężnie stawiliśmy czoło przeciwnościom losu, pokonaliśmy nie tyle bezlitosną naturę, ile samych siebie. Człowiek współczesnego świata, przywykły do wygód i dobrostanu, nieczęsto ma okazję, aby wnikliwie sprawdzić swoje możliwości. My przeżyliśmy w infernalnych warunkach chwile grozy, ale i silnych emocji pozwalających zmienić jestestwo człowieka.

reporter, eksplorator

2026-01-20 14:16

Ocena: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Światowe media informują: Melchicki duchowny odnalazł nienaruszoną Hostię po 47 dniach w zniszczonym kościele w Libanie

2026-04-27 09:09

[ TEMATY ]

Liban

Hostia

Zdjęcie księdza Mariosa Khairallaha

W wiosce Tbenine w południowym Libanie, w kościele św. Jerzego odkryto coś, co niektórzy nazywają cudem

W wiosce Tbenine w południowym Libanie, w kościele św. Jerzego odkryto coś, co niektórzy nazywają cudem

Duchowny Marios Khairallah powrócił do kościoła św. Jerzego w Tibnin po zawieszeniu broni i znalazł konsekrowaną Hostię dokładnie tam, gdzie zostawił ją kilka tygodni wcześniej, bez żadnych oznak pogorszenia - informują portale hiszpańskojęzyczne infocatolica.com oraz aciprensa.com.

W wiosce Tibnin, w ogarniętym wojną południowym Libanie, zniszczony kościół był miejscem tego, co jego proboszcz bez wątpienia nazywa znakiem niezniszczalnej obecności Chrystusa. Melchicki ksiądz greckokatolicki Marios Khairallah, powrócił do kościoła św. Jerzego 17 kwietnia – po wejściu w życie rozejmu – i zastał tam odkrycie, które zaparło dech w piersiach całej społeczności: Chleb Eucharystyczny, który zostawił w kościele kilka tygodni wcześniej, pozostał nienaruszony, bez śladu zepsucia, po 47 dniach przymusowego opuszczenia.
CZYTAJ DALEJ

Nie można być szczęśliwym w życiu, lekceważąc Chrystusa!

2026-04-30 13:46

[ TEMATY ]

rozważania

O. prof. Zdzisław Kijas

Adobe Stock

Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. Nie można więc żyć prawdziwie poza Jezusem. Nie można być szczęśliwym w życiu, lekceważąc Chrystusa. I poza Nim, Zbawicielem, nie ma innego, bardziej pewnego oparcia w trudnościach, jakie niesie życie, kiedy zdąża do celu. Bóg jest autentyczną Wiosną.

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie! W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę». Odezwał się do Niego Tomasz: «Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?» Odpowiedział mu Jezus: «Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie. Gdybyście Mnie poznali, znalibyście i mojego Ojca. Ale teraz już Go znacie i zobaczyliście». Rzekł do Niego Filip: «Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy».Odpowiedział mu Jezus: «Filipie, tak długo jestem z wami, a jeszcze Mnie nie poznałeś? Kto Mnie widzi, widzi także i Ojca. Dlaczego więc mówisz: „Pokaż nam Ojca”? Czy nie wierzysz, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie? Słów tych, które wam mówię, nie wypowiadam od siebie. To Ojciec, który trwa we Mnie, On sam dokonuje tych dzieł. Wierzcie Mi, że Ja jestem w Ojcu, a Ojciec we Mnie. Jeżeli zaś nie – wierzcie przynajmniej ze względu na same dzieła! Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Kto we Mnie wierzy, będzie także dokonywał tych dzieł, których Ja dokonuję, a nawet większe od tych uczyni, bo Ja idę do Ojca».
CZYTAJ DALEJ

Majowe podróże z Maryją: Kalwaria Pacławska - Jasna Góra Podkarpacia

2026-05-03 20:50

[ TEMATY ]

Majowe podróże z Maryją

Monika Jaracz | Archidiecezja Krakowska

Czwarty dzień naszego pielgrzymowania pozwala nam zmienić nieco krajobraz naszej wędrówki. Dziś z pięknych, nizinnych terenów wyruszamy ku malowniczym wzgórzom Pogórza Przemyskiego. Nasz szlak prowadzi nas do miejsca, które od wieków nazywane jest „Jasną Górą Podkarpacia” – do Kalwarii Pacławskiej. To tutaj, na szczycie góry, w ciszy lasów i w rytmie dróżek kalwaryjskich, Maryja czeka na swoje dzieci w tajemnicy Matki Bożej Słuchającej.

Kalwaria Pacławska to miejsce szczególne, powierzone opiece synów św. Franciszka – Ojców Franciszkanów Konwentualnych. Centralnym punktem tego sanktuarium jest ołtarz łaskami słynącym obrazem Matki Bożej, który przybył tu z Kamieńca Podolskiego. Maryja na tym wizerunku ma odsłonięte ucho – to symbol Jej nieustannej gotowości, by słuchać naszych próśb, szeptów serca i cichych łez. Tutaj, na wzgórzu, Maryja nie tylko pociesza, ale przede wszystkim uczy nas trwania pod Krzyżem Jej Syna, co nadaje temu miejscu głęboki wymiar pasyjny. Historia tego miejsca wpisuje się od kilku wieków w niezwykły trud pielgrzymi, przybywających tu pątników.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję