Reklama

Pod płaszczem

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Prócz moich dobrych wspomnień z dzieciństwa jest i obraz mroczny, który przez wiele lat powracał w najmniej oczekiwanych momentach burząc radosną i bezpieczną wizję świata. Pamiętam go do dziś. Pewnego dnia wraz z mamą poszedłem odwiedzić chorą ciocię. Perspektywa spotkania z osobą pogodną i serdeczną była równie przyjemna i kusząca jak łakocie, które w jej domu zawsze czekały na gości. Nie pojmowałem zatem atmosfery przygnębienia i powagi, którą jeszcze przed wizytą zaobserwowałem wśród dorosłych członków rodziny. Zapewne dlatego, że nie rozumiałem pojęcia choroby, kojarzącej się wówczas dla mnie co najwyżej z gorączką, bólem brzucha czy kaszlem.
Tymczasem w zaciemnionym pokoju wyczuwałem złowieszczą aurę ciągnącą od stojącego w rogu łóżka i nieruchomej w niej postaci. W ufnym i naiwnym postrzeganiu rzeczywistości przez chłopca, nie mieściło się doświadczenie nieuchronności czy końca. A jednak wyobraźnię opanowało widmo zbliżającej się katastrofy, które potęgowało każde spojrzenie w kierunku chorej. Na tle białej pościeli widziałem szarą, zapadnięta twarz i woskowy szkielet rąk wplątany w poszwę. Kiedy w przesyconą zapachem leków ciszę wdarł się nagle bolesny skowyt, przerażony wybiegłem na zewnątrz. Tej nocy ciocia umarła.
Zapewne wielu z nas było świadkiem podobnych zdarzeń, kiedy dramatowi śmierci towarzyszyła tragedia cierpienia. W powszechnej świadomości tkwi do dzisiaj stereotyp nieuleczalnej choroby, zwłaszcza nowotworowej, która kończy się w męczarniach. Strach przed bólem często jest większy niż przed samą śmiercią. W tym kontekście wypowiadane często przez ludzi pragnienie, by umrzeć bez męki, choć zawiera akcenty groteski czy absurdu, ma swoje uzasadnienie.
Wymiar społecznego problemu, jakim jest cierpienie człowieka w obliczu nieuleczalnej choroby jest zdecydowanie mniejszy od momentu, kiedy rozwinęła się odrębna specjalność medyczna, medycyna paliatywna. Dzięki jej osiągnięciom, opartym o wieloletnie doświadczenia oraz zastosowaniu wprowadzonego przez Światową Organizację Zdrowia systemu leczenia przeciwbólowego według tzw. trzystopniowej drabiny analgetycznej, pozwala wyeliminować czy znacznie ograniczyć ból. Jakkolwiek jest to zadanie bardzo ważne, można powiedzieć podstawowe, nie wyczerpuje skali oddziaływania medycyny paliatywnej, zakłada ona bowiem objęcie wszechstronną, kompleksową opieką obłożnie chorego. Oznacza to, że oprócz zwalczania bólu łagodzi cierpienia psychiczne i duchowe, poprawia jakość ostatniego okresu życia, wspomaga bezradną często rodzinę, wreszcie przygotowuje do godnej, spokojnej śmierci.
Pallium w tłumaczeniu z łaciny oznacza „płaszcz”. Stąd też opiekę paliatywną należy rozumieć jako troskliwe okrycie lub otulenie chorego w najtrudniejszym, bo ostatnim etapie jego ziemskiej drogi.
Celem medycyny paliatywnej nie jest dążenie do wyleczenia czy zahamowania postępu choroby, co w większości przypadków jest niemożliwe, lecz zaspokojenie wszelkich potrzeb człowieka cierpiącego. Aby pomoc niesiona nieuleczalnie chorym była kompletna, trzeba dobrze rozumieć złożoną sytuację pacjenta. Używane w opiece paliatywnej pojęcie bólu wszechogarniającego to nie tylko dolegliwości fizyczne, lecz również cierpienie psychiczne i duchowe. Świadomość choroby powoduje głęboki stres, jest źródłem przygnębienia i rozpaczy, buntu i złości. Częstą reakcją chorego jest protest i zwątpienie w wartości moralne, ludzi i Boga.
Znajomość procesów psychofizycznych jest podstawowym warunkiem skuteczności działania ludzi, którzy poświęcili się tej wymagającej specjalności medycznej. Aby sprostać wezwaniu personel opieki paliatywnej oprócz doświadczenia i specjalistycznej wiedzy powinien wyróżniać się szczególnymi predyspozycjami.
W literaturze fachowej czytamy: „Medycyna paliatywna jest najbardziej medyczną, ale zarazem niemedyczną działalnością wymagającą wszechstronnych kwalifikacji i przygotowania nie spełnianych przez ogólnie przyjęty schemat edukacji biomedycznej studentów i młodych lekarzy. Szczególnie ważne są tu walory osobowościowe: dojrzałość emocjonalno-społeczna, empatia, nieszablonowość i umiejętność komunikowania się w obliczu ekstremalnych sytuacji egzystencjalnych.
Naczelną ideą opieki paliatywnej jest współtowarzyszenie choremu i wspomaganie ciała, umysłu i ducha zbliżającego się do kresu życia człowieka. Lekarz medycyny paliatywnej współpracując z psychologiem, pracownikiem socjalnym i kapłanem musi jednak sam posiadać umiejętności pomagające mu w zaspokajaniu różnorodnych potrzeb psychosocjalnych i duchowych powierzonego jego opiece chorego i rodziny”.
W tej definicji brakuje mi cechy szczególnej, która właśnie dzisiaj w dobie programowego egocentryzmu i obojętności pozwala jeszcze wierzyć w człowieka. Jest nią wrażliwość na cudze nieszczęście i cierpienie, wyrastająca z autentycznej miłości bliźniego. Wiele jej trzeba, żeby bez uprzedzeń czy rezerwy pomagać tym, którzy na skutek obłożnej choroby są już nieprzydatni dla świata, obcy, a nawet wstrętni.
Przygotowując ten tekst dotarłem tam, gdzie szacunek dla ludzkiej istoty jest wartością największą, gdzie z troską pochylają się nad człowiekiem, pomimo, że w sponiewieranym organizmie zgasła świadomość i ledwo tli się życie.
Bez wątpienia takim miejscem jest Zakład Opieki Paliatywnej w Przemyślu przy ul. Rogozińskiego 30. Korzystając z uprzejmości lekarzy: Barbary Kisiel-Boroń i Ryszarda Kołakowskiego poznałem historię i dzień dzisiejszy, perspektywy oraz problemy Ośrodka, który powstał w styczniu 2001r.
Zanim do tego doszło przez kilka lat trwały prace przygotowawcze grupy wolontariuszy, którzy rozumieli potrzebę pomocy ludziom umierającym. Idea ta wówczas była mało znana i nie tak popularna jak dzisiaj. Wielkiego uporu i zaangażowania wymagał wstępny etap, polegający na stworzeniu i wyposażeniu bazy oraz zdobyciu środków finansowych.
Dzięki ofiarności społeczeństwa, dofinansowaniu przez rozmaite fundacje między innymi: Fundusz Kanadyjski, Szwajcarską Komisję Środków Złotowych, Watykan, który za pośrednictwem metropolity przemyskiego abp. Józefa Michalika przekazał znaczącą kwotę, banki i zakłady pracy oraz sponsorów prywatnych oddano do użytku Niepubliczny Zakład Opieki Paliatywnej na bazie pomieszczeń wydzierżawionych od byłego szpitala.
Aktualnie Ośrodek posiada 25 miejsc stacjonarnych, zespół opieki domowej, Poradnię Leczenia Bólu i Opieki Paliatywnej oraz Oddział Opieki Długoterminowej. Warto dodać, że jest jedynym na Podkarpaciu kompleksowym zakładem świadczącym specjalistyczną opiekę oraz posiadającym bardzo dobre wyposażenie medyczne również w sprzęt unikalny. Na początku działalności trzeba było pokonać wiele barier. Dość powiedzieć, że pierwsze trzy miesiące cały personel przepracował za darmo. Współodpowiedzialność i autentyczne partnerstwo pozwoliły przetrwać trudne momenty i ustabilizować sytuację.
„Tworzymy zgrany zespół, w którym nikt nie ogląda się na drugiego - mówi Ryszard Kołakowski. - Nikogo nie dziwi fakt, że jak trzeba to lekarz zmyje podłogę czy wyręczy salową. Jednakowo czujemy potrzebę wzajemnego wsparcia tak dla sprawy, której służymy, jak też woli pracy właśnie tutaj”.
Kompleksową i fachową opiekę gwarantują lekarze, pielęgniarki, psycholog, rehabilitant i salowe. Łącznie zespół zatrudniony na 39 i pół etatach, który ciągle podnosi swoje kwalifikacje.
Wyjątkową postacią w Ośrodku jest ks. Tadeusz Gramatyka, któremu serdeczność i opieka duszpasterska zjednały miano „naszego księdza”. Cały wysiłek personelu ukierunkowany jest na optymalną pomoc. Oddział lśni czystością, pacjenci otoczeni troską. Na twarzach umierających nie widziałem oznak bólu, odchodzili spokojnie i godnie, w jasnych pokojach, w czystej pościeli.
„Nie jesteśmy tu po to, by biernie przyglądać się cierpieniu - powiedziała Barbara Kisiel-Boroń. Z bólem sobie radzimy, a oprócz tego w ramach opieki paliatywnej leczymy schorzenia, które bezpośrednio nie wynikają z naznaczenia śmiercią. Mam na myśli odleżyny, zaburzenia układu pokarmowego, wyniszczenie organizmu, bezsenność, depresję. Przeciwdziałamy agresywnej agonii, którą wyraża nadmierne pobudzenie, krzyk lub drastyczne objawy towarzyszące umieraniu. Przyjmujemy pacjentów nie tylko z chorobą nowotworową, dla których skończyło się leczenie szpitalne, ale także chorych wymagających stałej opieki, czego nie może zabezpieczyć rodzina”.
Rocznie przez oddział przewija się ponad 500 osób co znaczy, że obłożenie jest maksymalne. Według przyjętych standardów 25 łóżek zaspokaja potrzeby nie tylko miasta, ale też regionu.
Chcemy rozbudować system opieki domowej oraz do 50 miejsc zwiększyć Oddział Opieki Długoterminowej. Nasze plany skutecznie ogranicza brak środków finansowych. Przyznana przez NFZ kwota 105 zł na osobodzień przeznaczana jest na podstawowe wydatki i w stosunku do potrzeb jest o wiele za niska. Nie uwzględnia kosztów remontów, wyposażenia, sprzętu medycznego. Aby utrzymać standard zakładu zmuszeni jesteśmy korzystać z kredytów i liczyć na dotacje z zewnątrz.
Niepewna sytuacja negatywnie wpływa na komfort pracy. Oczekujemy większej pomocy ze strony państwa i władz lokalnych.
Mimo inwencji i zaangażowania personelu stoją przed zakładem problemy, których nie sposób rozwiązać we własnym zakresie. Na przykład remont dróg dojazdowych i wyasfaltowanie obejścia umożliwiłoby wywożenie chorych do ogrodu, a samochód dostawczy rozwiązałby kłopoty związane z transportem osobowym i towarowym. W tej chwili funkcję zaopatrzeniowca i kierowcy pełni oddziałowa Maria Madejska, która własnym samochodem dowozi: papier toaletowy, ręczniki, pampersy, środki czystości, słowem wszystko, co potrzebne. Nie protestuje, bowiem pracuje w zespole, dla którego celem nadrzędnym jest pacjent a nie zakres obowiązków, kompetencje czy ambicje.
Cytowałem wcześniej wypowiedź doktora Kołakowskiego, który podkreślał więź i partnerstwo personelu co w konsekwencji przenosi się na wysoką jakość świadczonej opieki medycznej. Mimo codziennych trudności pracują na wspólny sukces. To może zabrzmi paradoksalnie w kontekście śmiertelnie czy obłożnie chorych, ale jaką miarą zmierzyć uśmiech na twarzy czy ulgę w cierpieniu.
Do pracy z chorymi chętnie angażują się wolontariusze, często byli pacjenci oddziału. Bezinteresowną pomocą chcą wyrazić swą wdzięczność za troskliwą opiekę. Chorzy doceniają trud i wysiłek personelu i niejeden raz słyszałem opinię, że w domu takiej pomocy jak tu, na oddziale, nikt by im nie zapewnił. Osobną uwagę należałoby poświęcić zakładowi opieki długoterminowej, który dla pewnych pacjentów jest kontynuacją pobytu na oddziale paliatywnym, wreszcie docenić i wyróżnić każdą inicjatywę budującą wizerunek ośrodka. Ze zrozumiałych względów jest to trudne, dlatego na koniec wyrażę taką oto refleksję. Społeczeństwo mamy coraz starsze, przybywać więc będzie ludzi zniedołężniałych i obłożnie chorych, wśród których zapewne znajdą się nasi bliscy. Nie jesteśmy w stanie przewidzieć dzisiaj czy zdołamy im w razie potrzeby zapewnić skuteczną pomoc i wsparcie. I choćby ze względów subiektywnych warto dostrzegać i w każdy możliwy sposób wspierać instytucję, która w razie potrzeby nie tylko wybawi nas z kłopotów, ale ulży moralnej odpowiedzialności. To po pierwsze. Po wtóre, jeżeli zainwestujemy w ideę, której podmiotem jest człowiek potrzebujący pomocy, to w konsekwencji zawsze będzie to dobra inwestycja.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

2004-12-31 00:00

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Na ten Nowy Rok

Niedziela przemyska 51/2002

Krzysztof Świderski

W Nowy Rok od świtu po kolędzie chodzą "szczodraki-szczodroki" składając mieszkańcom życzenia pomyślności, dostatku i zdrowia. Kiedyś gospodynie obdarzały ich małymi bułeczkami - "szczodrokami" wypiekanymi z pszennej mąki. Starsi chłopcy chodzili po kolędzie z "drobami" (okolice Sieniawy). Przebierali się w kożuchy odwrócone włosiem na zewnątrz lub okręcali się słomianymi powrósłami. Na twarze zakładali malowane maski. Często kolędowali w towarzystwie muzykantów. Obdarowywano ich miarką zboża lub drobnymi kwotami pieniężnymi. "Szczodroki" i "droby" śpiewali kolędy i składali rymowane życzenia: "Na szczęście, na zdrowie, Na ten Nowy Rok. Oby wam się urodziła kapusta i groch, Ziemniaki jak pniaki, Reczki pełne beczki. Jęczmień, żyto, pszenica i proso, Żebyście nie chodzili gospodarzu boso". Dawniej we wsi Nienadowa po szczodrokach chodzili dwaj parobcy przebrani za stary i nowy rok. Inscenizowali oni odejście starego i przybycie nowego roku, posługując się następującym tekstem: Stary rok: "Jestem sobie starym rokiem, Idę do was smutnym krokiem, Przynoszę wam nowinę, Że się stary rok skończył, A nowy zaczyna". Nowy rok potwierdzał to słowami: "Jestem sobie nowym rokiem, Idę do was śmiałym krokiem, Przynoszę wam nowinę, Że się stary rok skończył, A nowy zaczyna". Wynagrodzeni podarkiem lub poczęstunkiem śpiewali: "Wiwat, wiwat, już idziemy, Za kolędę dziękujemy. Przez narodzenie Chrystusa Będzie w niebie wasza dusza". Natomiast we wsi Słonne z życzeniami po szczodrokach chodziły dzieci i zbierały datki na ołówki szkolne. Z życzeniami po domach chodzili też starsi gospodarze, rozrzucając po podłodze ziarno pszenicy, owsa jęczmienia, co miało zapewnić im urodzaje. My także nie zapominajmy o noworocznych życzeniach. Niech "szerokim strumieniem" płyną z naszych serc.
CZYTAJ DALEJ

Ks. prałat Henryk Jagodziński nuncjuszem apostolskim w Ghanie

[ TEMATY ]

nominacja

dyplomacja

diecezja kielecka

kolegium.opoka.org

Ks. prałat dr Henryk Jagodziński – prezbiter diecezji kieleckiej, pochodzący z parafii w Małogoszczu, został mianowany przez Ojca Świętego Franciszka, nuncjuszem apostolskim w Ghanie i arcybiskupem tytularnym Limosano. Komunikat Stolicy Apostolskiej ogłoszono 3 maja 2020 r.

Ks. Henryk Mieczysław Jagodziński urodził się 1 stycznia 1969 roku w Małogoszczu k. Kielc. Święcenia prezbiteratu przyjął 3 czerwca 1995 roku z rąk bp. Kazimierza Ryczana. Po dwuletniej pracy jako wikariusz w Busku – Zdroju, od 1997 r. przebywał w Rzymie, gdzie studiował prawo kanoniczne na uniwersytecie Santa Croce, zakończone doktoratem oraz w Szkole Dyplomacji Watykańskiej. Jest doktorem prawa kanonicznego.
CZYTAJ DALEJ

Marek pokazuje, że miejsce modlitwy staje się miejscem walki o człowieka

2026-01-02 10:16

[ TEMATY ]

rozważania

Glossa Marginalia

Karol Porwich/Niedziela

Opowiadanie przenosi nas do Szilo, do miejsca modlitwy i ofiary. Anna wstaje po uczcie i idzie przed oblicze Pana. Tekst notuje, że Heli siedzi na krześle przy odrzwiach przybytku. Obraz kapłana na progu sanktuarium tworzy tło dla modlitwy, która rodzi się z bólu. Anna modli się „w głębi duszy”. W hebrajskim mówi się o „goryczy duszy” (mārath nephesh). To przenika ciało i serce. Ona płacze i składa ślub. Ślub (neder) w Biblii jest poważnym zobowiązaniem, które wiąże człowieka przed Bogiem. Anna obiecuje oddać syna Panu na całe życie. Wspomina o brzytwie, która nie dotknie jego głowy. To znak nazireatu, poświęcenia podobnego do Samsona.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję